piątek, 2 maja 2008

SZLAKIEM HO CHI MINH'a 5

TAN KY - NAMIOT GDZIEŚ W GÓRACH PROWINCJI QUANG NAM

Podróż szlakiem wuja Ho czeka na kolejną odsłone....a więc start!

Już południe, ale jest wyjatkowo przyjemnie. Ani za chłodno, ani za gorąco. Niebo spowite miłymi potulnymi białymi barankami i mniej sympatycznymi ciemnymi chmurami (czyżby to kumulusy?) - ale myślę, że deszczu nie będzie.

Droga przyjemnie pnie sie w górę, asfalt jest świeżo położony i prosty jak tafla lodu - droga pokryta małymi kamyczkami, po bokach aluminiowe barierki, dodatkowo jakies białe linie wymalowane wdłuż poboczy... no i żywego ducha nie ma! Wspaniałe odprężenie nie ma końca - po zgiełku i codziennym gwarze wietnamskiej rzeczywistości, przyjemna cisza. Krajobraz początkowo wydaje mi się bardzo ciekawy: dżungla, pojedyncze domy - tochę w budowie, część juz zbudowana i pokryta żółtą farbą z naciekami zielonych porostów, rzeczki i różnorodne jedziorka i rozlewiska wodne, wystajace z dżungli skalne nawisy zieleni, skały. ...wszystko zaczyna sie powoli robić monotonne. Cały czas to samo....no może z wyjątkiem mijanych na drodze motorów - z których wiekszość ma kluczyki w stacyjkach. Ale stale żadnych ludzi. Błogostan i melancholia.... jak na zdję ciach poniżej....

    Ogarnia mnie znudzenie. Przyspieszam. Aż tu nagle, ZONG!!!! Za zakrętem na drodze wielki głazior. Udaje mi się go zwinnie ominąć, ale na samą myśl o tym, ze ktoś mógłby jechać z naprzeciwka przechodzi mnie zimny dreszcz. Albo gdybym to ja się zagapił , brrr....

    Najwyższa pora na odpoczynek i kanapeczkę. Swoją drogą jakby tak spadło to "coś" na jadący motor lub samochód - mogłoby być niewesolo...

    KAMYCZEK, KURNA....

    Z ZZA ZAKRĘTU ZBYTNIO GO NIE WIDAĆ

    IMG_2340

    DLA PORÓWNANIA - MOTOR. JEST Z CZYM SIĘ ZDERZYĆ!

    W penym momencie domy znikneły zupełnie, a dookola rozpościerala sie już tylko dżungla. Wspaniale i ogromne drzewa, kilkumetrowe paprocie (to zdjęcie muszę pokazać babci, która od lat choduje w swoim mieszkaniu paprotkę. Jej "krzaczek" ma blisko metr wysokości, ale chyba nie ma ona pełnej swiadomości jakie mogą być efekty rozrostu wspomnianej rośliny), pnące się dookoła drzew liany i kłącza. Dotychczasowa cisza zamienia sie w miły, nastrojowy jazgot dochodzący z wnętrza zielonego kłebowiska. Śpiewy ptaków, popiskiwania, buczenie, mruczenie, dzikie odglosy małp, ujadanie, wycie... Zaczynam sie zastanawiać, które z tych zwierząt uda mi się spotkać. Narazie jednak zamiast zwierząt pojawiaję się znaki drogowe i jakieś murowane słupki z tablicami. Wydaje mi się to dość zabawne bo na poprzednich odcinkach znaków było niewiele (albo wcale nie istniały), a tu nagle takie zagęszczenie. Pojawiają się znaki we właściwych miejscach na równi z tymi w zupełnie w bezsensownych lokalizacjach. Wygląda to trochę tak, jakgdyby był plan i budżet na oznakowanie drogi, a robotnicy przypomnieli sobie o tym fakcie w ostatnim momencie i nastawiali znaków. Gigantem jest znak położony 100 metrów za skrzyżowaniem informujący o rozjeździe. Żeby było zabawniej jest on ustawionyn na poboczu i wskazuje drogi do nikąd. Ha ha ha, koniec świata jest coraz bliżej.

    DŻUNGLA I

    DŻUNGLA II

    MOST TRA ANG

    SKRZYŻOWANIE DO NIKĄD

    Tylko co minąłem śmieszne skrzyżowanie zaczęło się to czego oczekiwałem. Nie ma o czym pisać. Wystarczą zdjęcia. Droga zatarasowana błotnymi lawinami. Część lawin zostałą zgarnięta na bok - tak aby umożliwić przejazd; część jest w trakcie usuwania - o czym dobitnie świadczą pozostawione przy zwałowiskach maszyny. A kilka lawin musiało zejść dopiero co oczym świadczą pracujące na miejscu maszyny. Większość tego sprzętu to mocno używane maszyny japońskie, koreańskie i chińskie - chociaż z chińskim sprzętem to różnie bywa, bo zazwyczaj po kilku miesiącach używania wygląda jak kilkuletni...

    Pierwszy stop. Droga zamknięta. Koparka intensywnie odgarnia lawinę, która musiała zejść niedawno. Dwie cieżarówki IFA (produkcja NRD!) odbierają łychy ziemi i za 15 minut droga jest przejezdna. Nie ma cisnienia bo jedynym czekającym jestem ja. Ale zawsze miło jak robota idzie z gazem.

    IMG_2316

    PIERWSZY POSTÓJ

    IMG_2317

    A ZA 15 MINUT MOŻNA JECHAĆ

    ________________________________________________

    To już prowincja QUANG BINH, w międzyczasie uciekło to mojej uwadze. Ale już śpieszę z odpowiednią mapą.

    Photograph 5

    Dalsza droga to ciągłe zakręty i pięcie się pod górę. Non stop mijam błotne osuwiska, wszędzie pełno poprzewracanych drzew, kamieni i wielkich błotnych grud. Jazda zaczyna robić się niebezpieczna. Motor tańczy na błotnistej nawierzchni, a tylne koło ślizga się niemiłosiernie. Dookoła tylko dżungla i skały.

    IMG_2318

    IMG_2320

    IMG_2321

    IMG_2322

    IMG_2323

    Kolejny stop i kolejna lawina. Ekipa sprawnie usuwa piachowy wał. Przejeżdżam i w poślizgu ląduje w błotnistym piargu. Z pomocą robotników stawiam motor, wycieram się z błota i ruszam dalej

    IMG_2324

    Zastanawiam się jak daleko będzie jakaś miejscowość z hotelem, albo miejscem noclegowym. Wygląda to nieciekawie - bo większość miejscowości na mapie to albo osady robotników, albo miejsca oznaczone tablicą, ale bez żadnych domów i ludzi. Tak jak to: Hat Zin Zin - tablica i kawałek polany.

    IMG_2327

    IMG_2328

    Jadąc mijam słupki z nazwami miejsc, których kompletnie nie ma na mapie. Zastanawiam się co to jest S.F. Hieng - brzmi jak laotańska albo khmerska transkrypcja miejscowości, ale napewno nie jest to wietnamski. Może nazwy mają zmylić potencjalnych szpiegów jadąych tą drogą???

    IMG_2325

    CO TO JEST S.F. HIENG?

    Droga pnie się ostro w górę, jest naprawde wysoko. Mijane po drodze szczyty mają ponad 1000 metrów wysokości. Droga ostro wbija się w chmurę i rzeczywistośc ogarnia mgławo - wodna rzeczywistość Robi się ciemno. Wyłączam MP3 i zwalniam nieco - droga jest naprawdę fatalna, a na błotnistej mazi motor ślizga się jak na lodzie. Dodatkowo ostre zakręty, z jednej strony zablokowane scianą skalną, a z drugiej otwarta przepaść....hmmm lepiej tam nie spaść bo zanim ktoś mnie odnajdzie minie sporo czasu.

    IMG_2331

    IMG_2332

    IMG_2333

    Na całe szęście droga powoli schodzi w dół, a chmury znikają. Robi się przyjemnie. Zaczynam zastanawiać się jak daleko jest jeszcze do Khe Sanh i czy uda mi się dojechać dzisiaj do tego miasta. Po drodze dżungla i krajobrazy. Odpalam MP3 - jest spokojniej. Jedynym ciekawym momentem są bojowe napisy mojane po drodze. Cała plejada zdjęć poniżej.

    IMG_2334

    IMG_2335

    IMG_2337

    IMG_2338

    IMG_2339 IMG_2340

    IMG_2343 IMG_2344 IMG_2345

    IMG_2346

    W KOŃCU JAKIŚ SENSOWNY SŁUPEK - KHE SANH 107KM

    IMG_2347

    IMG_2348

    IMG_2349

IMG_2351

IMG_2353

IMG_2354

IMG_2355

IMG_2356

IMG_2357

Dochodzi piąta, zastanawiam się nad jakimś sensownym noclegiem, niestety po drodze nie ma żadnego miejsca na nocleg. Khe Sanh (najbliższe większe miasto jest jakieś 100 kilometrów). Postanawiam, że dam radę. Droga jest cały czas trudna non stop kamienie, błoto, mokry żwir i nieustannie zakręty. Mam nadzieję, że się uda. Po drodze pojawiają się ekipy drwali, a nawet pojedyncze ciężarówki, znaczy że zaczną się miejscowości.

IMG_2358

IMG_2359

IMG_2360

IMG_2361

SZLAKIEM HO CHI MINH'a 4

TAN KY - NAMIOT GDZIEŚ W GÓRACH PROWINCJI QUANG NAM

Huong Khe w niczym nie przypomina ruchliwych, pełnych gwaru i zgiełku miast na wybrzeżu. Mój przyjazd był chyba głównym wydarzeniem dnia. Ulice w mieście są zupełnie puste, nie ma ruchu, gorące południowe powietrze zmusiło wszystkich mieszkańców do pochowania się po domach. Zabudowa jest niska większość domów ma jedno -, dwa piętra. W centum jest trochę więcej budynków kilku piętrowych.

Szukam czegoś miłego dla oka, jakiegoś miejsca z wielkim neonem, może restauracji weselnej, dużej pijalni. Nic z tego. Szybkie skojarzenie .... Jezioro. Zazwyczaj nad jeziorami są knajpki i miejsca do jedzenia. I tym razem pomyłka - okazuje się, że lokalne jezioro owszem jest. Owszem otoczone jest parkiem, roślinnością, ale żadnego sensownego miejsca, są kawiarnie - ale w nich raczej nie ma nic sensownego do zjedzenia . Kręcę się jeszcze chwilę i ostatcznie decyduję się na Cafe Mexico. Co lepszego mogę wybrać, w górach, w Wietnamie - kraju który jest czołowym producentem kawy, głodny - tylko CAFE MEXICO. Zaglądam do środka, za bambusowym barem siedzą leniwie dwie kelnerki. Podchodzę do nich, sprawdzam menu - kawa i napoje. SIC! Pytam co jest do jedzienia, okazuje się, że jest szansa na kluski z torebki i jajko sadzone. Oczywiście do tego kawa. Wspaniale. Biorę.

BRAMA WJAZDOWA DO HUONG KHE WIDOK Z CAFE NA JEZIORO - ŁADNE GACIE

MEXICO CAFE

Huong Khe jest znaczącym miejscem na mojej trasie. Tu mija 500. kilometr na liczniku. Nie ma co, sporo już przejechałem. Pamiątkowe zdjęcie, wkładam kask - zgodnie z treścią ze znaku drogowego i wyruszam "ku wycieczce, ku przygodzie".

"ZAŁÓŻ KASK - DOTYCZY WSZYSTKICH JADĄCYCH MOTORAMI I RIKSZAMI MOTOROWYMI".

Tu jest jeszcze lepiej niż wcześniej. Kompletna pustka, mijam co kilka minut pojedyncze motory i samochody. Na drodze nie ma praktycznie nikogo. Naprawdę niesamowite uczucie jak na Wietnam. Coś jest nie tak - potem dowiem się od Wietnamczyków, że to czego najbardziej się boją w takich trasach to samotność.

W pewnym momencie z lewej stony spośród pagórków wynurza sie żelazny jęzor kolei. Pojedynczy to nieśmiało zbliża się, aby wkrótce równolegle biec z drogą. Swoista atrakcja - ciekawe jakie były plany i dlaczego kolej wdarła tak głęboko w ląd. Normalnie główna linia kolejowa leci wzdłuż wybrzeża łącząc Sajgon z Hanoi. Zbudowali ją jeszcze Francuzi za czasów kolonialnych. Linia kolejowa przypomina trochę wąskotorówkę i biegnie zazwyczaj jednym torem. Podobno nieustannie jest modernizowana i ulepszana - ale mam wrażenie że wygląd infrastruktury niewiele zmienił się od 1954 roku. Może kupiono nowe wagony i pracują nowi ludzie, a cała reszta wygląda mocno jak z poprzedniej epoki i to nawet w porównaniu do PKP i trasy relacji Lublin - Stalowa Wola Rozwadów. Z czasem robi się ciekawiej. Mijam mostek, most, pojawia się budka dróżnika (w Wietnamie każdy most i przejazd posiada budkę z dróżnikiem), zwalniam i napawam się pomniejszoną koleją wietnamską.

Wspaniała żelazna linia przybliża się i oddala. Faluje wraz z drogą, aby zniknąć za jedym z pagórkow i już się nie pojawić. Droga nr. 2 staje się coraz bardziej wymagająca. Wznosi się i opada. Ostro wirażuje pomiedzy skałami, krajobraz jest zupełnie bezludny. Puste skrzyżowania, puste wioski - kompletnie nie do wyobrażenia widok w Wietnamie. Zaczynam odczuwać niepokój. Po drodze mijam wielkie wieże kościołów - ciekawe bo Nghe An to bardzo komunistyczna prowincja, tu urodził się lider ruchu komunistycznego Ho Chi Minh. Asfaltowa droga nagrzewa się niczym patelnia. Słońce pali niemiłosiernie twarz i szyję - pot kapie. Mimo zmęczenia trudno znaleźć jakieś miejsce na przystanek - w końcu jednak spośród malowniczych, lasów i zarośli wyłania się przydrożny bar. Czas na przerwę....i zdjęcia z drogi.

WSPANIAŁE WIDOK I URWISKA ....

GIGANTYCZNE WIEŻE KOŚCIOŁÓ I DŻUNGLA .....

SAMOTNE DOMKI, OSTRE ZAKRĘTY ....

WIOSKI BEZ LUDZI, ALE ZA TO DOBRZE OZNAKOWANE....

_______________________________________________________________

W końcu znajomy widok KAMAZA przy drewnianym domku. Jest upragniona restauracja.....

... w środku Pan Tuan i jego rodzina oraz załoga Kamaza. Krótka opowieść o drodze, łamany wietnamski działa, właściciel przydrożnego baru pochodzi w wybrzeża, rozumie "szkolny" wietnamski. Opowiadam o podróży i dotychczasowych przygodach racząc się herbatą i ciastkami. Kilka minut wytchnienia, obowiązkowe zdjęcie i w drogę ....

... za skrzyżowaniem droga wygląda jak poprzednio. Idealnie płaska i idealnie bezludna. Po raz pierwszy zdecydowaną przewagę zyskuje dżungla. Głośne cykady, piski, pokrzykiwania ptaków - wspaniała dzika przyroda. Gdyby nie ten asfalt...

....zygzakuję. Skończyła się prosta droga. Mijam pierwszą lawinę, potem kolejną. Co kilke kilometrów droga jest lekko przysypana zwałem czerwono - brązowej ziemi. Przy jednej z lawin spotykam ekipę remontową. Wymieniamy spojrzenia, ale zbliża się wieczór i trzeba jechać dalej. Wstępnie planuję nocleg w Khe Sanh. Powinienem być tam za 2-3 godziny - tak planowałem, jednak okaże się, że droga na mapie nie zawsze odpowiada tej z rzeczywistości....

DROGA - KILOMETR ZA KILOMETREM.....

PIERWSZE OSÓWISKO I DROGA ....

KOLEJNE OSÓWISKO I EKIPA REMONTOWA ....

Dojeżdżam do dużego skrzyżowania. Na znaku drogowym jest napisane SKRZYŻOWANIE KHE GAT, na mapie miejscowość Phuc Trach - jestem w prowincji QUANG BINH. Dookoła mnie kilka parterowych budynków wojskowych, administracyjnych. W centralnym punkcie miasteczka stacja benzynowa. Tankuję motor do pełna i odjeżdżam kilka metrów oglądając mapę. Obok mnie przejeżdża motor z wesołymi młodzieńcami. Po chwili zawracają i podjeżdżają zatrzymując się dosłownie metr ode mnie. W oczach pełna, niczym nieskrępowana ciekawość. Odgaduę ich intencję i podaję im atlas, podając pospiesznie miejscowości przez które jechałem. Młodzieńcy obracają atlas kilkukrotnie, i uśmiechają się i odjeżdżają. W końcu o czym można dyskutować z kimś kto przyjechał na motorze z Hanoi przez góry - wariat! Śmiejąc się, odjeżdżają. Rozglądam się chwilę, jest 16 - patrzę na mapę. Droga wygląda nieźle, więc chyba dam radę. Ruszam na południe....

STACJA BENZYNOWA...OSTATNIA PRZED KHE SANH

MŁODZIEŃCY NA MOTORZE